Wróciliśmy do Polski.
Życie nie zatrzymało się ani na chwilę.
Następnego dnia znów trzeba było wstać do pracy. Janek wrócił do szkoły. Świat wokół toczył się swoim rytmem, a my próbowaliśmy odnaleźć się w rzeczywistości, która po raz kolejny zweryfikowała nasze marzenia.
Nie zastanawialiśmy się długo, co robić dalej.
Nie było czasu na rozpamiętywanie porażki.
Usiadłam przed komputerem i znowu zaczęłam pisać.
Kolejne maile. Kolejne kliniki. Kolejne wysyłane wyniki badań. Kolejne prośby o pomoc.
Miałam nadzieję, że gdzieś na świecie może być miejsce, które da Jankowi szansę. Musiałam je tylko znaleźć.
W tym samym czasie razem z mężem zaczęliśmy zastanawiać się, co jeszcze możemy zrobić dla naszego syna.
Jak zabezpieczyć jego przyszłość?
Jak zdobyć środki na kolejne wyjazdy zagraniczne, konsultacje i – jeśli kiedyś się pojawi – leczenie?
Po wielu rozmowach, przeczytanych artykułach i godzinach spędzonych na szukaniu informacji podjęliśmy decyzję, która zmieniła nie tylko nasze życie.
Postanowiliśmy założyć fundację.
Nie tylko po to, aby pomagała nam zbierać środki na walkę o wzrok Janka.
Chcieliśmy stworzyć miejsce, do którego kiedyś trafią inni rodzice. Tacy, którzy właśnie usłyszeli diagnozę i czują się tak samo zagubieni, jak my czuliśmy się na początku. Chcieliśmy, aby wiedzieli, że nie są sami.
Ogromną pomocą w realizacji tego przedsięwzięcia była moja siostra Danka i jej mąż.
To oni przeprowadzili nas przez cały proces zakładania fundacji. Pomogli stworzyć statut, przygotować dokumenty, załatwić wszystkie formalności i wspierali nas na każdym etapie.
Dziś wiem, że bez nich byłoby nam o wiele trudniej.
Przyznam szczerze, że na początku wszystko wydawało się przerażające.
Statut.
Nazwę fundacji.
Wnioski.
Sąd.
Dokumenty.
Nigdy wcześniej nie mieliśmy z tym nic wspólnego.
Ale z każdym kolejnym krokiem strach ustępował miejsca determinacji.
Bo wiedzieliśmy, po co to robimy.
I w końcu nadszedł ten dzień.
W grudniu nasza Fundacja „Zobaczyć Marzenia” oficjalnie rozpoczęła swoją działalność.
To był dla nas symbol nowego początku.
Dowód na to, że nawet z największego bólu może narodzić się coś dobrego.
Jednak założenie fundacji nie oznaczało końca walki.
Wręcz przeciwnie.
Wieczorami, kiedy kończyły się wszystkie codzienne obowiązki, ponownie siadałam przed komputerem.
Otwierałam skrzynkę mailową.
I pisałam dalej.
Do kolejnych klinik.
Do kolejnych lekarzy…