Po poinformowaniu szkoły o chorobie Janka musieliśmy zrobić kolejny krok.
Taki, którego żaden rodzic nie chce robić.
Wizyty w poradni psychologiczno-pedagogicznej, rozmowy, dokumenty, kolejne opinie i formalności potrzebne do uzyskania orzeczenia o specjalnych potrzebach edukacyjnych.
A później następna decyzja.
Wystąpienie o orzeczenie o niepełnosprawności dla naszego syna.
To są sprawy, o których wcześniej nawet się nie myśli.Słowa, które zawsze dotyczą „kogoś innego”.
A nagle zaczynają dotyczyć własnego dziecka.
Bardzo trudno jest zaakceptować, że jest się rodzicem dziecka z niepełnosprawnością. Jeszcze trudniej wytłumaczyć to trzynastoletniemu chłopcu, który jeszcze niedawno biegał po boisku i planował swoją przyszłość bez żadnych ograniczeń.
Dla Janka było to bardzo trudne.
Każdy dokument, każde orzeczenie, każda kolejna pieczątka były jak przypomnienie, że choroba naprawdę istnieje. Że nie zniknie. Że zmienia nasze życie bardziej, niż chcielibyśmy przyznać.
Ale musieliśmy nauczyć się patrzeć na to inaczej.
Nie jak na „etykietę”, tylko jak na pomoc.
Bo dzięki tym formalnościom Janek otrzymał realne wsparcie w szkole. Dostosowane materiały, większą wyrozumiałość nauczycieli, możliwość korzystania z pomocy, które ułatwiają mu codzienną naukę i funkcjonowanie.
To nie zabrało strachu.
Nie zabrało bólu.
Ale pozwoliło choć trochę łatwiej odnaleźć się w nowej rzeczywistości, której wszyscy cały czas się uczymy.