Przygotowując się do drugiego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, po raz kolejny przekonaliśmy się, że w najtrudniejszych momentach naszego życia zawsze pojawiają się dobrzy ludzie.
To właśnie ich pomoc dawała nam siłę. Dzięki niej łatwiej było podejmować kolejne trudne decyzje i wierzyć, że damy radę.
Tym razem na Florydę lecieliśmy już sami.
Nie mieliśmy tłumacza, dlatego wiedziałam, że muszę przygotować się najlepiej, jak potrafię.
Przez kilka miesięcy uczyłam się języka angielskiego. Ćwiczyłam rozmowy, słuchałam nagrań i powtarzałam najważniejsze zwroty. Najbardziej stresowałam się lotniskiem – wyobrażałam sobie rozmowę z pracownikami kontroli granicznej i zastanawiałam się, czy zrozumiem wszystkie pytania.
Dla wielu osób to może wydawać się drobiazg.
Dla mnie był to kolejny ogromny stres.
Bałam się, że przez barierę językową coś pójdzie nie tak i nie dotrzemy do miejsca, które mogło dać Jankowi kolejną szansę.
I wtedy znowu wydarzyło się coś, czego nie da się zaplanować.
Podczas zwykłej rozmowy w pracy wspomniałam o naszym wyjeździe.
Okazało się, że przyjaciółka mojej koleżanki mieszka w Gainesville i pracuje tam jako lekarz.
Kilka minut później wykonaliśmy telefon.
Po drugiej stronie usłyszeliśmy ciepły głos OLI.
Bez chwili wahania powiedziała:
– Oczywiście, pomogę Wam. Nie martwcie się, będziecie mieli moje wsparcie.
To były słowa, których wtedy bardzo potrzebowaliśmy.
Świadomość, że po drugiej stronie oceanu czeka ktoś, kto mówi po polsku, zna tamtejszy system i w razie potrzeby pomoże nam w tłumaczeniu oraz odnalezieniu się w nowym miejscu, dała nam ogromny spokój.
Po raz kolejny przekonaliśmy się, że dobro wraca.
Że nawet zwykła rozmowa może zmienić bardzo wiele.
I że na naszej drodze wciąż pojawiają się ludzie o wielkich sercach.
Dzięki nim mogliśmy z większym spokojem spakować walizki i po raz kolejny ruszyć w drogę.