Po dwóch tygodniach oczekiwania zaczęły przychodzić wiadomości z klinik.
Jako pierwsza odezwała się klinika w Miami. Niestety, wiadomość nie była tą, na którą czekaliśmy.
Poinformowano nas, że Janek nie zakwalifikował się do żadnego z aktualnie prowadzonych badań klinicznych. Jego wyniki i dokumentacja pozostaną jednak w bazie danych i jeśli pojawi się badanie, do którego będzie odpowiednim kandydatem, klinika ma się z nami skontaktować.
Hmm… no i znowu to samo.
Nadzieja, oczekiwanie i… kolejna odmowa.
Kilka dni później przyszła wiadomość z Gainesville.
Tutaj informacja była już jednoznaczna.
W związku z diagnostyką prowadzoną w Polsce i oczekiwaniem na wyniki badań Janek nie został zakwalifikowany do badania. Nie zmieściliśmy się w określonym czasie.
Do dziś trudno powiedzieć, czy gdyby nie konieczność wykonania dodatkowej diagnostyki, kwalifikacja potoczyłaby się inaczej. Tego już się nie dowiemy.
Pozostało nam zaakceptować kolejną decyzję i… wrócić do codzienności.
Ale ja nie potrafiłam po prostu odpuścić.
Zaczęłam od nowa.
Szukać. Pisać. Pytać. Szukać kolejnych kontaktów.
Każdy wyjazd do Stanów oznaczał dla nas ogromne koszty. Dlatego kiedy pojawiały się propozycje organizowania zbiórek na wyjazdy Janka, aktywnie w nich uczestniczyliśmy. Wiedzieliśmy, że bez pomocy wielu osób nie damy rady finansować kolejnych podróży i badań.
Bo choć dwie kliniki powiedziały „nie”…
my wciąż nie byliśmy gotowi powiedzieć „koniec”.