Przygotowania do podróży życia

Kiedy podjęliśmy decyzję o wyjeździe do Stanów, wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko.

Z dnia na dzień rosły ceny biletów, a my mieliśmy wrażenie, że czas ucieka nam przez palce. Wiedzieliśmy, że nie możemy zmarnować tej szansy. Po roku ciszy ktoś w końcu odpowiedział. Ktoś w końcu powiedział: „przyjedźcie”.

Rozpoczęła się ogromna organizacja wyjazdu.

W przygotowania zaangażowało się wiele osób i do dziś jesteśmy za to ogromnie wdzięczni. Każda pomoc miała znaczenie. Każda rozmowa, rada i wsparcie dawały nam trochę więcej spokoju w tym całym chaosie.

Największą część organizacji wzięła na siebie moja siostra. To ona pomagała przy zakupie biletów, organizacji noclegu, wypożyczeniu samochodu i wszystkich szczegółach podróży, o których wcześniej nawet nie mieliśmy pojęcia.

To dzięki niej udało się wszystko dopiąć.

Mimo ogromnej ekscytacji mieliśmy też bardzo dużo obaw.

Strach mieszał się z nadzieją.

Bałam się podróży, badań i tego, co usłyszymy na miejscu. Ale najbardziej przerażała nas bariera językowa. Świadomość, że lecimy z chorym dzieckiem na drugi koniec świata i możemy nie zrozumieć najważniejszych informacji.

I wtedy wydarzyło się coś niezwykłego.

Trzy dni przed wylotem okazało się, że córka mojej koleżanki z pracy – studentka zakochana w Stanach Zjednoczonych – bardzo chce polecieć z nami jako tłumacz.

To było dla nas ogromne wsparcie.

Jakby los w końcu postanowił trochę nam pomóc.

Musieliśmy jeszcze podjąć jedną bardzo trudną decyzję.

Co z naszym starszym synem Michałem?

Michał miał zostać sam w domu podczas naszej trzytygodniowej podróży do Teksasu. To nie była łatwa decyzja dla żadnego z nas. Rozdzielenie rodziny na tak długo było kolejnym ciężarem, który musieliśmy unieść.

Na szczęście bardzo dzielnie mieli pilnować go dziadkowie, którzy od początku wspierali nas na każdym etapie walki o zdrowie Janka.

Michał, mimo młodego wieku, zachowywał się bardzo dojrzale i dawał nam poczucie, że poradzi sobie podczas naszej nieobecności.

A my…

pełni strachu, nadziei i ogromnych emocji odliczaliśmy dni do podróży, która mogła zmienić życie naszego syna.